Kiedy dostałam w prezencie aparat Dianę, odkryłam możliwość multi-ekspozycji i przeżyłam w związku z tym małą fascynację. Poniekąd dawało to możliwość "ulepienia" kadru po swojemu. Mogłam bawić się symetrią, kompozycją, generalnie eksperymentować. Na samym początku odbieranie takich zwariowanych negatywów z labu zawsze wiązało się z dużą dawką niepewności "co z tego wyjdzie". Efekty tych zabaw widać poniżej.











Kiedyś robiąc w domu porządki wyrzuciłem aparat Diana. Oryginalny, z lat 70., może nawet starszy. Był od zawsze, przywieziony przez rodzinę z Anglii. Nikt już go nie używał, wydawał się taki tandetny, niepraktyczny. Wtedy jeszcze nie byłem świadomy tego, jak wielki błąd popełniam. Gdy zdałem sobie sprawę z tego co zrobiłem, skończyło się niemal załamaniem nerwowym ;)
OdpowiedzUsuńDziś na szczęście już mi trochę przeszło. Zmęczyła mnie też nieco ta brudna maniera tych wszystkich toy cameras.